Zupełnie inaczej niż Murakami, podczas swoich biegów myślę o „czymś” w zasadzie cały czas. Jest to ciągły strumień świadomości, dziesiątki pomysłów na zmiany, na to, co powinienem poprawić, jak trenować, jak jeść, refleksji nad tym, dlaczego to czy tamto mi się udało. Rozprawiam w swoim wewnętrznym ja w zasadzie non stop nad tym, jakie taktyki i strategie zastosować, czy opisać coś na blogu, czy to właściwie ma jakiś sens? I tak bez końca.

To, co jest zaskakujące, i czasami też irytujące, to to, że po godzinie, dwóch niewiele tak naprawdę zostaje. Mam chwilę, siadam do klawiatury, aby to spisać, ogarnąć, wdrożyć i działać, ale… no właśnie. Niby tak oczywiste i przemyślane, a jak potrzebuję do tego wrócić po chwili, to już nic tam nie ma. Taka amnezja potreningowa.

Dzisiejszy trening, to już z zupełnie innej beczki, był dla mnie wyzwaniem. Zebrać się na niego i iść, więc jakbym miał coś na ten temat napisać, to sukcesem jest to, że się odbył i tutaj też trochę w tym kierunku będzie szła ta narracja. Każdy „odbyty” trening to to, o co mi na koniec chodzi i większej filozofii w tym nie ma. Na ile to jest poukładane i efektywne, jak zniuansowane i czy są tam na końcu tej drogi jakieś mierzalne cele – nie, to już chyba (a skłaniam się ku: na pewno) nie ta droga.

ZDERZENIE Z WIEKIEM I STARY DEMON

Mam oczywiście, jak każdy, nadal jakieś marzenia, mam też sportowe, ale mam też coraz większą świadomość ograniczeń swojego ciała, jakie nałożył na mnie wiek. Tak, nie będzie skuteczna strategia ani treningowa, ani motywacyjna, jaką nakładałem na siebie 10 lat temu czy nawet jeszcze 5 lat temu. Ten rok i sezon całkowicie mnie już z tego wyleczył i zmiana całego paradygmatu jest nieunikniona. To nie jest coś, co będę robił i wdrażał, bo to już się dzieje, tylko czasami nie do końca jestem pogodzony z tym, że to już naprawdę musi wyglądać inaczej, albo zrobię sobie krzywdę w wymiarze fizycznym (lub psychicznym).

Jeszcze gdzieś odzywał się ten stary demon, który próbuje mnie wcisnąć w ramę schematycznego postępowania i brutalnego egzekwowania planu pod konkretną imprezę, żeby coś udowadniać. Tylko ja ani komuś, ani sobie nie muszę niczego udowadniać. Nareszcie. Więc czas, aby się to jeszcze przełożyło praktycznie na tę sferę życia, która przynosiła mi zawsze tak wiele satysfakcji. Byłoby bardzo dobrze, aby jeszcze tak zostało przez wiele lat.

PUŁAPKI WSPÓŁCZESNOŚCI

No nie przypomnę sobie, o czym tak bardzo rozmyślałem. Było coś o nawykach, coś o tym, jak zrobić sobie przestrzeń na większą ilość wody w codziennym bilansie płynów. Było coś o tym, że produkty „zero” to pułapka i odpowiedź wielkich firm na każdego klienta, który postanowił zerwać z jakimś nałogiem. Czy to jest cukier, czy alkohol – mają dla niego alternatywę i nadal, choć może delikatnie zdrowotnie jest to dla niego lepsze, to na pewno nie finansowo. Było też trochę przemyśleń, co z tym można zrobić i jak nie wpadać w takie pułapki.

Było też o tym, czy wszystkie programy treningowe, które obiecują szokujące efekty w 12 tygodni, nie powinny być objęte sankcjami, gdy tak się właśnie nie stanie? Kiedy za tą narracją stoją ludzie napakowani farmakologią albo zaburzający rzeczywistość i chronologię przekazu (trenują zawodowo 20 lat i uwiarygadniają swoją sylwetką niemożliwe w reklamowanym czasie efekty). Jak to jest, że jawnie przyznający się do dopingu zawodnicy i trenerzy nadal mają swoich klientów, a każdy (wiem, że generalizuję) głos rozsądku w social mediach jest momentalnie hejtowany i wyszydzany?

Jak z tym można sobie poradzić i działać spokojnie, konsekwentnie na rzecz poprawy swojego zdrowia i kondycji, używając sprawdzonych, racjonalnych metod i nie sięgając po ostateczne rozwiązania? Jak radzić sobie z naciskiem i pułapkami współczesnego życia, które bez ustanku podsyca stres, buduje uczucie kolejnych potrzeb, czerpie z naszego niedosytu i chęci ścigania się – to o wygląd, to o status, czy po prostu o uwagę i akceptację innych. Co z tymi wzorcami jedynie słusznej sylwetki (kobiety już powoli walczą z tym zaburzeniem, ale co z panami?).

Jak w tym szalonym świecie ma sobie poradzić zajęty życiem 40+ latek, który chce być zdrowy, silny i aktywnie uczestniczyć nie tylko w życiu zawodowym, ale też rodzinnym, a siłownię czy bieganie traktować jak hobby i czekać na każdy trening z niecierpliwością? A nie jak na wyrok i coś, co „musi” robić, a jak nie wyjdzie i nie pyknie, to po prostu czuje się źle, czuje się przegrany? Bo to, co widzi na co dzień na ekranie swojego telefonu, to jakieś epickie, spektakularnej postury ekstremalne wyzwania i zaburzony obraz realnego życia oraz naszych możliwości.

TRENING POD ŻYCIE, NIE POD TABELKI

Jak się poskładać na nowo po przerwie w aktywności, po kontuzji, chorobie? Po wydarzeniach w życiu, na których musiałeś się skupić, bo taki jest twój obowiązek, a powrót do wyników sprzed lat zaczyna powoli odbierać przyjemność z każdego kolejnego dnia na bieżni czy na siłowni, bo liczy się tempo, liczy się, ile bierzesz na klatę? Liczy się, ale dla kogo?

Trening do zawodów, na których chcemy konkurować (w grupie, open czy może w skali mistrzowskiej), to zupełnie inny trening niż trening ogólny, aby być silnym, sprawnym i wytrzymałym na co dzień – może raz na czas amatorsko spełnić się, kończąc jakiś bieg czy zawody siłowe typu Hyrox. To zupełnie coś innego. Mylenie tego w przestrzeni komunikacji społecznej, mylenie tego na poziomie planu treningowego, mylenie tego na poziomie tego, jak definiujemy i stawiamy sobie cele, implikuje dużo problemów i rozczarowań.

ODCINAĆ STARE NARRACJE

To miejsce ma mi pomóc unikać tych rozczarowań i pomóc pilnować się na nowej drodze w aktywności, która ma już dla mnie inny wymiar i cele. Ma mi pomóc zdefiniować na nowo, czym jest dla mnie progres i zarządzanie zmianą, czym jest sukces na miarę moich możliwości. Gdzie są granice, które powinienem zmienić i przesunąć, a gdzie są ograniczenia, które stanowią o moim bezpieczeństwie, których ruszać nie powinienem, a potrzeba taka, jeśli się pojawiła w mojej głowie, jest sztucznie wykreowana przez dział marketingu jakiejś firmy albo to pozostałości niedojrzałego myślenia i ciągłych prób imponowania i porównywania się, które – chcę w to wierzyć – mam już za sobą.

Co mogę zrobić dobrze, co mogę zrobić źle, jak to wspierać w przypadku pierwszego, a eliminować w przypadku drugiego. Gdzieś chciałem opisać te zmagania, aby po pierwsze mieć zapis tej, już to widzę, niełatwej drogi, ale może też stanowić pewien zaczyn misji, która pomoże innym osobom o podobnym profilu, z różnymi problemami i sytuacjami. Gdzie to wszystko będzie miało wspólny mianownik.

Chciałbym się też jednocześnie odciąć od pewnej narracji, którą do tej pory snułem w innym miejscu, od tożsamości, którą tam zbudowałem, a która z wiekiem zatarła się i czytając te wpisy po latach, nie poznaję samego siebie. To się już po prostu skończyło, czas to zaakceptować i iść dalej. Czas się wzmocnić, czas jeszcze coś zbudować, ale już inaczej i na innych zasadach, a przede wszystkim z innych pobudek. Bawcie się dobrze, może to będzie nasza wspólna droga!