Dzień niby jak co dzień, ale jakoś te poniedziałki dobrze wchodzą. Może to nie jest tak od razu, żeby krzyczeć “lubię poniedziałki”, ale coś w tym jest. Na pewno jest tak, że z każdym dniem, głębiej w tydzień, tej mocy do dawania “odporu” chaosowi tygodnia, który generuje praca, życie, również trening i wszystko to, co chcę i czego nie chcę – zdecydowanie w piątek mniej optymistycznie patrzę na to wszystko.
Czy to jest do przeskoczenia? Czy na pewno dobrze zarządzam tymi swoimi zasobami? Może zbyt ambitnie i agresywnie rzucam się we wszystko z początkiem tygodnia, a później brakuje siły na finisz. Brzmi znajomo, co nie? Jak strategia startowa klasycznego amatora. Zaczynasz za mocno, kończysz na bombie.
W przypadku normalsów to jest kwestia taktyki do opanowania. W moim przypadku to trochę styl życia wymuszony pewnymi schematami, które mają podłoże neurologiczne. Nie będzie więc tak, że po takiej konstatacji jak dzisiaj napiszę sobie karteczkę i już nie będę tak robił.
All-in albo stagnacja
Mogę mniej lub bardziej zacząć to próbować regulować, ale raczej bez planów na spektakularne sukcesy w tym zakresie. Raczej ograniczanie strat niż spektakularne zwycięstwo nad kolejną spierdoliną w moim autodestrukcyjnym wachlarzu postępowań. All-in albo stagnacja. Albo działanie na 100% w tematach, które w ogóle w danej chwili nie wymagają działania, albo prokrastynacja na 200% i przeciąganie krytycznych wręcz zdarzeń do erupcji wulkanu… no ale nie wiem, skąd te przemyślenia, jak leci gładko.
I tak: rano trening wszedł fajnie, trochę mniej snu niż zwykle, ale spoko. Dołożyłem dzisiaj jedną serię do głównych bojów, więc ten trening siłowy zaczyna powoli dobijać ramą do objętości, które sobie założyłem. Na progresji będą już tylko powtórzenia i ciężar, więc etap wprowadzenia będzie za mną, ale na to potrzeba jeszcze 2-3 tygodnie – na spokojnie. W planie mam aż trzy biegania, co jest górnym limitem, więc na razie się nie rozpisuję, bo mamy poniedziałek.
W weekend udało się przygotować własne posiłki na dzisiaj, pilnując już trochę bardziej samego białka. Bilans zeszłego tygodnia i wyjścia z redukcji to na razie +0,5 kg, więc nie ma katastrofy – liczyłem się z tym. Woda, glikogen, normalna sprawa, nie będę wpadał w panikę. To, co chcę osiągnąć w najbliższych dwóch miesiącach, to zero kaloryczne i wdrożenie się w systematyczny trening.
Już po tygodniu widzę, że energii mam zdecydowanie więcej, regeneruję się lepiej i, uwaga – taki zwyczajny, codzienny ból okołostawowy, który był niezwykle upierdliwy… ustąpił. To naprawdę ciekawe i więcej o tym będę pisał tutaj w kontekście GLP-1 w niedalekiej przyszłości, jak trochę okrzepnę po tym eksperymencie. Ogólnie dużo rzeczy teraz będzie się stabilizować: od treningu, przez żywienie, po suplementację. Ale staram się to robić spokojnie, stopniowo, bez agresywnych ruchów, bo brakuje później determinacji do aż tak wielu sznureczków.
Zamierzchłe przypominajki i mityczny system
Z ciekawych rzeczy, to kilka dni temu wróciłem do ekosystemu Apple, po prawie rocznej przerwie i przygodzie z Chromebookiem i resztą zabawek z Google. No, nie udała się ta przygoda najlepiej, ale teraz, logując się do niektórych aplikacji (korzystam z tego samego Apple ID co dawniej), wpadają mi ciekawe rzeczy. Jak zamierzchłe przypomnienia o lekach. Z czasów, kiedy byłem kontuzjowany i tak bardzo chciałem tę kontuzję przejechać walcem, wspierając swoją terapię wszystkim, co się dało. A było tego bardzo, bardzo dużo.
Niestety, później było jeszcze więcej, bo skończyło się… tak, napiszę to tutaj, tak po prostu, bo taka jest koncepcja tego miejsca i o takich aspektach życia i treningu chcę pisać. Skończyło się epizodem depresji i znacznie poważniejszymi lekami. A wyjście z tego epizodu i tej terapii kosztowało mnie po raz kolejny nadwagę i zwrot w stronę dysmorfofobii, która nagięła mnie znów w kierunku… farmakologii i schematu szukania szybkich i łatwych rozwiązań na trudne i złożone problemy.
Tak oto zamierzchła przypominajka z Apple Zdrowie przypomniała mi o tym, że ostatnie moje dwa lata to nie było zdrowie. To były straszne szarpnięcia, złe decyzje, smutny czas, gdzie dowiedziałem się wiele o sobie. Ale też dowiedziałem się, że mityczny “system”, który nas reguluje, to nie jest zjawisko dla szurów, a realna rzecz. I tylko silne jednostki, które poddają pod wątpliwość decyzje innych, mają szansę uniknąć poważniejszych konsekwencji.
Wśród trenerów, wśród lekarzy, holistyczne podejście i skupienie się na przyczynach nadal należy do rzadkości. Każdy sobie, bez większej refleksji nad interferencją, bez wsłuchania się w człowieka i jego realne, często bardzo złożone problemy. Tego nie da się odwalić w 15 minut, a tyle czasu rezerwują sobie teraz specjaliści na wizyty, często po 600 zł… niesamowite.
Koniec z redukcją
Ufff, ciężkie, co? No ciężkie, ale odpowiedzi na to, kontry, poszukamy gdzie indziej. W konsekwencji, w małych krokach, w obserwacji i wsłuchaniu się w siebie.
Więc z planem na ten tydzień. Z planem przeniesienia odpowiedzialności za swoje żywienie z powrotem na siebie, a nie na budę z chińskim żarciem. Wprowadzeniem większej ilości wody, zrobieniem sobie trochę więcej przestrzeni mentalnej na “niezapominanie” o suplementacji. Uporządkowanie się na tyle, by w jak najbardziej naturalny sposób dobić do odpowiedniej ilości białka, i naprawdę przestać się wreszcie przejmować redukcją.
Z redukcji się nic nie zbuduje. Na ten rok temat muszę zamknąć, bo od lutego spadło 6 kg z naprawdę narażeniem już poważnie zdrowia i nie wiem, czy to jest faktycznie aż tak dla mnie kluczowe. Jedno na pewno się zmieniło: łatwość biegania jest zdecydowanie większa. I tutaj, jeśli mam wskazać sensowną ścieżkę – to fakt, że mogę zrobić porządne, długie wybieganie w lesie w terenie, jest zdecydowanie na plus tej półrocznej “męczarni”.