W drugiej zasadzie, we wspomnianej wcześniej książce, Peterson opisuje zjawisko, dość powszechne, polegające na zatrważającym schemacie nieprzyjmowania (co jest jawnym działaniem na swoją niekorzyść, autodestrukcyjnym) przepisanych i wykupionych leków. Na pierwszy rzut oka brzmi i wygląda to na szaleństwo, dość powszechne szaleństwo. Jak to się dzieje, że z dokładnością i czułością potrafimy dbać o to, żeby bliskie nam osoby pilnowały harmonogramów swojego zdrowego życia, a dla siebie samych nie mamy już takiej sprawczości. Dla mnie to trochę wyzwalający rozdział, nie jestem sam i nie jestem szalony, to są po prostu bardziej złożone mechanizmy ciągłej wewnętrznej walki między chaosem a porządkiem, szukanie równowagi i trzeciej mitycznej drogi. Ta ciągła wewnętrzna potrzeba porządkowania i nieustanne próby powinny być raczej powodem do dumy, niż inicjatorem pętli wewnętrznej negatywnej narracji, „że znów się nie udało i jest to bez sensu”. O więcej detali odsyłam Was do książki, tutaj sobie wrócimy do tego, co już w wyniku wcześniejszych prób się pojawiło w przestrzeni, jak się oprzeć na tym w kolejnej iteracji i próbach znalezienia dźwigni do bardziej trwałej zmiany, która to już wiem, nie zachodzi z dnia na dzień i naprawdę rzadko kiedy udaje się za pierwszym razem. Jeszcze raz, życie to nie shorts, gdzie w 15 sekund widzicie efekty kilkuletniej pracy i pozostawia Was to w przekonaniu o swojej bezsilności i beznadziejności swoich prób, to fikcja. Prawda to codzienne próby, porażki i powroty, z nowymi pomysłami, zmianami, modyfikacjami, ale kolejnymi próbami i działaniami, to właśnie te działania są najważniejsze – kończą się dobrze, kończą się źle, to normalne. Życie to ruch i działania, nawet te które mają negatywne konsekwencje są dla nas ważne, jak nie najważniejsze.

No dobrze, to co tam już masz i na co Ci ta kolejna aplikacja?

Mam przekonanie, że zdrowe odżywianie to proces nie projekt, i sposób życia nie chwilowa zajawka z konkretnymi celami do osiągnięcia, która jest do uruchomienia jak silnik samochodu i od razu „zaskoczy”. Jeżeli mamy, a bardzo nie lubię tego stwierdzenia, „zaburzone relacje z jedzeniem” (ogólnie uważam, że relacja może zachodzić co do zasady z materią ożywioną – no chyba że spożywasz żywe zwierzęta to ok…), to do zrobienia jest naprawdę dużo i naprawdę warto się tym zająć, ponieważ jest to coś co będziesz bez wątpienia robił do końca swojego życia, więc warto to robić dobrze. Jest to też proces wdzięczny do optymalizacji (strategie mealprep, zapasy, różne formy przygotowania, airfryery, termomiksy…). Druga sprawa, że samo gotowanie i przygotowywanie może stać się wdzięcznym hobby o ile nie przekroczysz rubikonu programów master chef i próby zrobienia z pasty jajecznej dania godnego gwiazdek Michelin. Nie to że mam tendencje do uprzedmiotawiania jedzenia jako źródła energii i tyle, a zamiast przemyślanej smakowo i wizualnie kompozycji widzę tylko bilans makroskładników, tylko uważam że wynoszenie do rangi sztuki czynności koniecznej i dość w swej mechanice brutalnej (żucie, przełykanie, wchłanianie, wydalanie) jest przerostem formy nad treścią. Anyway… jest tutaj sporo do zrobienia i można to ogarnąć (nie od razu) tak dobrze, żeby wspierało nasze cele (nie ważne czy sportowe czy lifestylowe) i jak każda czynność która jest częścią naszego życia i musi być powtarzana bez przerwy codziennie (oddychanie, sen, jedzenie, fizjologia) robiona dobrze ma największe przełożenie na komfort życia. Życia które jest brutalne i w każdej chwili ten komfort, tych zasadniczych czynności może nam być z różnych przyczyn odebrany, więc gdy dysponujemy pełną swobodą w zakresie regulowania tych czynników wręcz naszym obowiązkiem jest robić to najlepiej jak w danej chwili możemy – w przeciwnym razie jest to akt autodestrukcji. Mocne słowa co nie? Tymczasem mówię to dzień po tym jak na koniec dnia wrzuciłem w siebie paczkę chipsów popijając ją Heinekenem zero… czy to znaczy że nie mam już tutaj nic do powiedzenia i czyni mnie jakimś internetowym pozerem – raczej świadomym bardzo mocno człowiekiem, który nauczył się już, że asceza w dzisiejszym czasie sprawdza się raczej słabo i Tomasz z Akwinu więcej niż pewne też by tego nie dźwigał. Ofensywa laboratoriów i działów marketingu potężnych konglomeratów spożywczych vs Ty, szanuję każdego ale szanse nie są wyrównane.

To co, będziemy jeść w kółko to samo i znów liczyć kalorie?

Trochę tak, ale nie obsesyjnie – bo nie działa na naszą korzyść zastępowanie jednej obsesji drugą, jednego nałogu drugim. Byłem widziałem, nie działa – tzn. efekty są ale nie są trwałe i przynoszą sporo szkód na innych polach działania. Czymś innym jest świadoma edukacja w trakcie całego procesu, dobór odpowiednich składników, produktów, realizowanie też swoich potrzeb emocjonalnych w tym wszystkim (wychodzenie z jedzenia kompulsywnego, które jest częścią mechanizmu nagrody po dniu w którym obrywamy stresujący wpierdol to nie coś co zadziała po zakupie apki do układania diety). Przekonywanie się każdego dnia do tego, że przygotowywanie posiłków, zgodnie z jakimiś założeniami, odpowiednie przygotowanie się do tego, wygospodarowanie czasu na przemyślane zakupy, czerpanie radości i satysfakcji z tego jak rośnie nam kolejna umiejętność, która może się też lepiej przełożyć na nasze życie rodzinne (gotowanie po prostu jest fajne, na każdym poziomie nie musisz być master chef, naprawdę – ma być smacznie najpierw dla Ciebie, a później kto wie, może dla innych). Stopniowe eliminowanie krok po kroku wysokoprzetworzonego jedzenia z codziennego jadłospisu na rzecz pełnowartościowych produktów. Zrozumienie zasad obróbki termicznej, zasad jak się zachowują oleje w różnych temperaturach, dlaczego coś zjedzone na zimno ma mniejszy IG niż na ciepło i tak dalej… to jest potężna część naszego życia, i jak żadna inna zasługuje na należytą uwagę. Dlaczego tak o tym dużo piszę? Bo sam łapię się na tym, że wobec całej tej oczywistej narracji stawiam takie trywialne stwierdzenia jak nie mam na to czasu i sięgam albo po gotowce, albo idę na łatwiznę i łykam w biegu coś przetworzonego, lub najzwyczajniej w świecie wchodzę w króliczą norę… Po pierwsze, nie potrzeba na to aż tyle czasu ile mogłoby się wydawać, a całkiem sporo narzędzi i ogarniętych ludzi wyciska z tego tematu bardzo dużo opracowując przepisy, podejścia, programy i jadłospisy, które są zoptymalizowane do granic absurdu, a druga sprawa – to na co i dla kogo masz czas, skoro nie masz go dla siebie? I tak od jedzenia i gotowania przechodzimy do fundamentalnych pytań w życiu, co ja takiego właściwie robię i kto na tym korzysta skoro ja nie mogę tak elementarnych rzeczy zrobić dla siebie jak zrobienie sobie jajecznicy (na początku może być z dowolnych jajek, później w kolejnych iteracjach można poprawiać z jakich lepiej i na jakim tłuszczu i czy coś do niej jeszcze dodawać).

Overkill

Takie podejście może zabić każdy temat i każdą zmianę, wszystko na raz, przejście od KFC do mealprepu z warzyw kupionych na lokalnym targu wg jadłospisu od dietetyka, o ile nie przechodzisz jakiegoś ogromnego wstrząsu na poziomie psychologicznym i wymuszenia zmiany stylu życia bezpośrednim zagrożeniem życia (choć mam w swoim życiu przypadek, który nawet to zlekceważył) to, to się nie stanie. Skazane jest prędzej czy później na porażkę. Wracając jednak do wypracowanych na tych porażkach elementach, wciąż i wciąż jest duża szansa na to, że zostanie wypracowany właściwy model i zostanie z nami na dłużej. I choć piszę to na chwilę przed zamówieniem sobie dania przygotowanego w „KARMA Oriental food”, to jednak gdzieś znów pojawiła się we mnie po wielu tygodniach potrzeba powrotu do posiłków przygotowanych samodzielnie. Trochę wiem, że tarcie związane z próbami perfekcyjnego opracowywania jadłospisów na cały tydzień z góry, najlepiej tak żeby nic się nie marnowało a gotowanie odbywało się 2 razy w tygodniu i nie częściej, też potrafi zabić powodzenie tej misji, to spróbuję. Najpierw może śniadania, później może dwa posiłki – najpierw 1 dzień, później 2, 3 aż dojdę do całego tygodnia z przerwami na spontaniczne restauracje i uporządkuję sobie ten temat przechodząc na zero UPF… czy tam bliskie zero. Jednym słowem, kolejna próba porządkowania chaosu, to wszystko, próba która już dzisiaj potrzebowała jakiejś manifestacji a nie było zbudowanego momentum aby przejść do czynu (i zrobić jajecznicę), więc skończyło się na zakupie aplikacji z pozycji kanapy i zastanawianiu się czy jechać po pojemniki do Ikea. Może są to tematy zastępcze, ale czasami właśnie taka droga, trochę na około, trochę generująca może niepotrzebne koszty, jest jedyna aby zacząć, zacząć po raz kolejny raz.

Luncher.app

To nie przypadek, oglądam ten kanał „policzona szama” od zawsze więc postanowiłem, że dam temu szansę i już na dzień dobry okazało się że myślimy podobnie – planer tygodnia – qrwa nareszcie! Ani Fitatu, ani MFP ani żadne inne inkarnacje do liczenia kcal nie dały mi tej jednej prostej rzeczy! Możliwości stworzenia tygodniowego planu żywienia bez zbędnej gimnastyki, i choć nie połączę tutaj wszystkiego w jednym to… będzie blisko. Zobaczymy, pewnie będzie o czym pisać i wrócę do tego nie raz, na dzisiaj wystarczy. Zacznę pewnie coś tworzyć od tego tygodnia, pewnie nie skończy się na zakupach jednej apki bo powrót do pełnoskalowego gotowania zawsze implikuje zakupy zapasów i sprzętu ale bez przesady – może się skuszę jeszcze na tego airfryera.